przeprowadzka

z powodu niemożności dodania banera i braku kilku innych przydatnych funkcji, przeniosłam blogaska mego na nowy adres:

NOWY ADRES

buźka!

WF w ławkach

- Dzisiaj drogie dzieci porozmawiamy o bieganiu. Pojutrze również mamy na ostatniej lekcji WF, więc zrobimy kartkówkę ze skoku w dal.
Od nowego roku MEN wprowadza WF do klas. Nie do klas 1-3 , nie do klas specjalnych. Do sal klasowych. Do ławek. Powód? Dokładnie nie jest znany, bowiem dlaczego Ministerstwo miałoby się z jakiejkolwiek decyzji obywatelom tłumaczyć. Jednakże NIK może mieć w tej sprawie więcej do powiedzenia, a NIK rekon zrobił, na własne oczy szkoły widział i życie zna. A codzienność w polskich szkołach nie wygląda najlepiej. Jakkolwiek w klasach jest nie najgorzej, i jest na czym temat napisać i gdzie portret patrona przyczepić, tak na niektórych salach gimnastycznych wieje wiatr i błąkają się snopki suchej trawy. Nie ma sprzętów do ćwiczeń, nie ma sprzętu do udzielenia pierwszej pomocy. Niekiedy nie ma nawet samych sal gimnastycznych.

MEN raport dostał i po staropolsku zarządził, co następuje. Jeśli szkoły mają problem z salami gimnastycznymi, to zamknijmy sale gimnastyczne! Nie ma obiektu dotkniętego problemem, nie ma problemu. Po co wydawać pieniądze na coś, co później NIK znów może skrytykować? Przenieśmy WF do sal, uczmy dzieci grać w koszykówkę z ławki. Pieniążki może przecież wydać na promowanie polskiej prezydencji.

Amerykańskie takie..

Zrobiłam sobie mały przegląd starych (choć to za duże słowo, a omen nomen, o słowach tu zaraz będzie) felietonów. Znalazłam jeden, z którego się troszkę pośmiałam. Pamiętacie Golden Line? Kolejny społecznościowy portal, powstały chyba na początku 2008 roku. Portal dla młodych dynamicznych w celu nawiązania znajomości, rozwinięcia skrzydeł, zaprezentowania siebie, dostania propozycji zawodowych. Legendy głoszą, że ktoś kiedyś poprzez Golden Line  jakąś propozycję zawodową dostał. Ale dziś nie o tym.

Pierwszy raz weszłam na tę goldenlajnową stronę w 2009 roku. Dzisiaj dostałam wiadomość, że moje konto nie było odwiedzane od wolnej elekcji AD 2010, więc weszłam. NIC się nie zmieniło. Dalej rzuca się w oczy wyraźne nagromadzenie anglistów wśród młodych wykształconych z wielkich ośrodków. Zawody wykonywane zapisane w języku ojczystym? Dobre sobie.. Czas się otrzepać z tego polskiego błota. No to lecimy.. Assistant, Kancelaria Sales, a nie jakiś tam.. bo nie jestem pewna – asystent sprzedaży?  Jest po angielsku,  jest prestiż. Managerowie, sales managerowie, executive managerowie, inter managerowie, brand managerowie.. Ale to ma jakiś sens. Pamiętacie Ogniem i Mieczem? Te anielskie skrzydła na plecach, które miały potęgować wrażenie liczebności i siły? Taki zwykły Arkadiusz O. Recruitment Researcher, Central and Eastern Europe bez tych anielskich skrzydeł pracuje po prostu w Rekrutacji i Selekcji Kadr w Warszawie Śródmieściu.
Bo nie każdy zna angielski. Nazwy obce nas onieśmielają, potęgują wrażenie prestiżu i profesjonalizmu. Oczywiście ładniej brzmią nietłumaczone, takie jak Customer Service Agent określający osobę, która w sklepie Saturn stoi pod szyldem „Informacja”, czy Event Manager, kórym jest muzyk weselny.
Jest to jak najbardziej zgodne ze stanem faktycznym, niemniej jednak dla kogoś kto bardziej o angielskim słyszał, niż angielskiego słuchał, zetknięcie się z Agentem Servicu Customerowego jest jak wejście do gotyckiego kościoła z pięknym witrażem. Respekt ogarnia nawet niewierzących.

Następną gwiazdką Golden Line jest nazywanie zawodów wykonywanych w stylu radzieckiego gwałtu na języku polskim. Często ze szczególnym okrucieństwem.
Przykłady są piękne. Specjalistka d/s Kreacji Wizualnej to kosmetyczka w salonie Denique w Warszawie. Managerem Nieruchomości Warsaw Targowek jest pracownik wspólnoty mieszkaniowej Warszawa – Targówek. Swoją drogą delikwent mógł iść na całość i napisać o sobie – Admin Nieruchomości. Też by pasowało.
A profil zawodowy zatytułowany (pisownia oryginalna) Żona executive menagera ma sugerować co? Kobietę, przy której mężczyzna jest w stanie awansować? A – jest jeszcze pisanie własnych imion (a zdarza się, że i nazwisk, ale przykładu nie przytoczę) po angielsku. Margaret Kaczmarek, Martha Sobczyk, Camill Polański. Jakaś masakra panowie..

Podsumowując. Od kiedy na polski rynek wylęgli młodzi dynamiczni, chcący się odciąć od polskiego zaścianku i ciemnogrodu językowego – jest się z czego pośmiać. Natmiast co mi się wydaje całkiem pożyteczne, to dopasowanie klienta do usługodawcy. Sroki polecą do świecącego. Zawsze.

Wszystko miałam

Urodziłam się w 1986 roku, czyli w czasach, w których o pewne rzeczy trzeba się było postarać. Nie tak bardzo jak w minionych dekadach, ale jeszcze daleko było nam do stwierdzenia, że nam się coś po prostu należy.
Ja jeszcze zdawkowo pamiętam komunizm, ale tylko jako pewne niedogodności, których nawet nie byłam za bardzo świadoma. Pamiętam jednak dobrze etap przechodzenia i eksperymentowania z wolnością. Na wielu płaszczyznach doznawaliśmy rozpieszczania. I moje najwcześniejsze lata były tymi najsłodszymi.
Na początku lat 90tych do sklepów zaczęły wchodzić towary różne różniste, a do telewizji nowe propozycje dla starych i młodych widzów.
I tak pamiętam moje dzieciństwo. Telewizję, słodycze, zabawki, gry i przyjaciół. Bajeczki z Polonii 1, Domowe Przedszkole, Ulicę Sezamkową, Ciuchcię i Tik Taka. Bajkę o Gigim, który zaglądał Annie pod spódniczkę, strzelaniny robotów, autentyczną krew i łzy. I zawody miłosne Generała Daimosa i śmierć głównych bohaterów. Bez happy endu, bez morału. Pamiętam nagą Miss Dronio i Świnkę, która lubiła być chwalona. Na Ulicy Sezamkowej pamiętam dzieci, które mówiły, że mają kolor skóry inny niż inne dzieci.

Dzisiaj programów dla najmłodszych jest dużo więcej i są coraz bardziej poprawne, zgodne z zaleceniami psychologów, unii europejskiej i agencji reklamowych. Seriale, w których trzynastolatka ubiera się jak młoda prostytutka, inna ma depresję, jeszcze inna ma problemy natury kolorystycznej samochodowej. Seriale uczące dziewczynki, że w życiu są problemy, o których nigdzie indziej nie słyszano.
Są też bajki dla dzieci z bohaterami o nieokreślonej płci!  Z imionami, które może nosić dziewczynka, chłopiec, pies, krab albo ulubiony kaktus babci. Dzieci nie powinny się przecież poddawać z góry narzuconym wzorcom płciowym. Tak więc Cartoon Network serwuje nam bajki bez tej nazistowskiej propagandy płci.

Pamiętam słodycze. Kiedy byłam mała, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych jesliśmy.. cukier! Oranżadę z cukrem ze zwrotnych butelek za 3 tysiące, a po 1994 – 30 groszy. Wafelki Kuku Ruku, nugat z tubki z lalką Barbie, gumy do żucia Turbo i Kaczor Donald, jogurty i serki o smaku waniliowym i z czekoladą. Lody! Eskimos, Bambino, a dla podwórkowych prominentów – Calippo. Wyciskane prosto z opakowania lody, którymi można się było od góry do dołu zalać i upieprzyć. Magnumy były ABSOLUTNIE poza zasięgiem finansowym każdego z nas. Do dzisiaj pochylając się nad lodziarką w sklepie, omijam Magnumy, bo chociaż czasy się zmieniły i kosztują tyle, co butelka piwa – są za drogie..

Dzisiaj mamy produkty ekologiczne, organiczne, dietetyczne, bezcukrowe, dla dzieci, dla młodzieży, dla osób starszych, niemodyfikowane genetycznie, modyfikowane genetycznie, light, zero procent, pół procent, sto procent. Z koncentratu, pasteryzowane, homogenizowane, UHT i wiele innych. Żelki bez sztucznych barwników, czekolada bez cukru, jogurty bez tłuszczu, mleko bez laktozy. Słoiczki dla dzieci złożone głównie z warzyw i ziemniaków, ze śladową ilością mięsa lub ryby kosztują 50 zł za kilogram. Żarcie dla dorosłych ma inne właściwości. Mężczyznom ma smakować, kobiety ma odchudzić. Nawet chipsy i piwo. Czekolada, żelki, salami i śmietana. Wszystko odchudzające.

Czym się bawiłam w latach dziewięćdziesiątych? Wszystkim! Potrzebowaliśmy kredy i butelek, by w enklawie kilkunastu przedwojennych kamienic na Woli, pobawić się w podchody. Potrzebowaliśmy nas samych, by się pobawić w chowanego, berka, dom, Zorro, Supermana, Yattamana. Mieliśmy gumę, skakanki, place zabaw, tajne bazy, jojo, Riki Tiki, o które każdy rozbijał sobie kostki. Z biegiem lat i technika wchodziła na nasze podwórka i do naszych brudnych od ziemi i żywicy dłoni. Zaczęło się od radzieckiej gry komputerowej, w której wilk zabierał kurkom jajka. Potem było Tamagochi i miliony zwierzątek, które wymagały opieki całą dobę. Mieliśmy wideo. Wypożyczalnie przeżywały złoty okres. Mieliśmy aparaty fotograficzne, a każdy miał styczność z Kodakiem albo Agfą. Potrafiliśmy założyć film, oddać kliszę i czekać tydzień. Mieliśmy wszystko. Starte kolana, brudne ręce, rozbite wargi, piach we włosach, ślady lodów na nosie, plamy z oranżady na koszulce. Byliśmy brudni, obżarci cukrem, ale chudzi jak patyki, bo cały dzień na dworze. Żadne z nas nie miało komórki, ale każdy wiedział gdzie kto jest. Jak myśmy żyli bez komórek? Nie wiem, ale to było piękne. Byliśmy tak szczęśliwi, jak chyba już nigdy.

Dzisiejsze zabawki, które otaczają dzieciaki są reklamowane w emisjach przed Dobranockami. Tak, by dzieciak wiedział o co ma drzeć japę w galerii handlowej. Ale to już nie są tylko gadające Furby czy Barbie z kamerą. Laptop, cyfrówka, konsola, smartfon, kład. Taką listę prezentów komunijnych znalazłam rok temu w sieci. Kaset już się nie wypożycza, filmy ściąga się z sieci. Nie gra się już w Mario, Kapitana Pazura albo wilka kradnącego kurkom jajka. Gra się on-line z innymi dzieciakami. Kupuje się on-line dodaki, sprzęty, przedmioty i punkty życia. Wszystko jest interaktywne, inteligentne, przyjazne użytkownikowi. Wszystko myśli za ciebie. Nie ma miejsca na wyobraźnię. Nawet książki są już w formie multimedialnej, albo audiobooka. Nie czujesz zapachu książki, nie sklejają ci się strony, nie wyrywasz kartki z zeszytu, by zrobić zakładkę. Nie ma tej magii. Dzieciak od pierwszych lat swojego życia widzi internet, ojca na laptopie. Wchodzi w ten świat od samego początku i nie zna innego. My dostaliśmy komputery w wieku nastoletnim, albo całkiem późno-nastoletnim. Wiedzieliśmy już, że istnieje życie poza domem, biurkiem, kompem. Dzieciaki wsiąknięte w komputer od najłodszych lat – mogą nigdy nie poznać alternatywnego świata żywych.

Ja naprawdę wszystko miałam.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.