przeprowadzka

z powodu niemożności dodania banera i braku kilku innych przydatnych funkcji, przeniosłam blogaska mego na nowy adres:

NOWY ADRES

buźka!

Ludzie z Kamionka

Małomiasteczkowa architektura, niskie zabudowania, kocie łby, nieotynkowane kamieniczki. Warszawski stary Kamionek wygląda jak zapomniane przez czas, ludzi, a zwłaszcza władze Warszawy – przedwojenne osiedle.

 
Społeczność enklawy Głuchej, Rybnej, krótkiego odcinka Mińskiej i Gocławskiej jest właściwa każdej niewielkiej polskiej prowincji. Każdy tu każdego zna, każdy każdemu ufa. Ludzie siebie nie okradają, każde dziecko ma wiele cioć i wujków oraz babć i dziadków. Tak wkroczyłam na Kamionek wczoraj. Po raz pierwszy w życiu tu byłam, chociaż na tyły Mińskiej róg Gocławskiej dojeżdża 123 i jeden nocny. Mam wrażenie, że gdyby nie siedziby kilku firm umieszczone w starej kamionkowskiej, nieistniejącej już gorzelni – dojazdu by nie było. Najbliższy przystanek tramwajowy znajduje się niedaleko, bo na Grochowskiej. Ale i tam trzeba dojść. I wiedzieć gdzie skręcić z dróżki z kocich łbów, by się w tej innej rzeczywistości znaleźć.

 

Spotykamy starszego mężczyznę z wielkim psem. „Znajda, ale imię ma” – przedstawia go nam. Codzienne spacery z 50 kilogramowym mieszańcem mastiffa z buldogiem pochłaniają już coraz więcej czasu i siły. Ale staruszek drepcze codziennie. Pytamy o kamieniczki z pustymi oknami po prawej i lewej stronie ulicy. W wielu z nich znajdują się płaskorzeźby Maryji, a kilka ma jeszcze nie do końca zatarty rok budowy. Lata 1914, 1925..
– Ta stoi już czterdzieści lat.
– Chyba siedemdziesiąt – Poprawiam
– Czterdzieści lat stoi pusta.
Pytamy czy przeżył wojnę na Kamionku. Tak. Urodził się w 1934 roku i pamięta Powstanie. A później pierwsze lata Stalinizmu. Dopiero wtedy zaczął kojarzyć i myśleć. I zaczął się bać.
– Ja tego nie widziałem, ale sąsiadka z Głuchej, pani Maria mówiła jak widziała na Gocławskiej, jak Rosjanka zaczepiła Polaka. Młody był, chłopiec taki. I ona go chciała w bramę i wie pani.. Bo one niewyżyte były.
– Czerwonoarmistka?
– Tak jest.
– I udało jej się?
– A gdzie tam. I wyjęła pistolet i mu w łeb strzeliła. I w bramie leżał.
Idziemy dalej, za dawnym PZO skręcamy w lewo i trafiamy na starą, nieodnowioną nigdy Głuchą. Nic nowego nie powstało tam od 1926 roku. Staruszek mówi o fryzjerze na Owsianej. Stał tam zakład, wojnę przetrwał. Ale jeden ruski oficer zastrzelił właściciela, bo źle go ostrzygł. I żona zamknęła zakład. Dzisiaj jest tam sklep spożywczy.

Wchodzimy w bramę na Głuchej. Ogród, ludzie siedzą przy wódce, dzieci biegają między nimi, koty chodzą samopas. Pies staruszka podchodzi do kociaka. Kociak ociera się o jego masywne łapy. Pies obwąchuje i trąca łbem. Dziecko podchodzi do psa. Są równe wzrostem. Arka Noego. Nikt wewnątrz podwórza nie zrobi nic złego swoim. Bo jest tutaj rozróżnienie na swoich i obcych. A my jesteśmy z tym panem. Więc złego słowa nie mówią.
Ogródek rośnie dziko. Prowizoryczna altanka zrobiona z ceraty i kilku prętów chroni przed słońcem, a kiedy pada – można napić się wódki pod dachem. Piją niestety też dzieci. W bramie stoi chłopiec z puszką Wojaka. Tak na oko 12 lat. Kompletnie pijany. Obok chłopczyk cztero-pięcioletni. To ich świat. Tu nikt nie zadzwoni po policję, nie wpadnie na szalony pomysł odebrania dzieci rodzicom. I tak są już skrzywdzeni przez los.

 

Na Głuchej nie ma samochodów. W bramach nie stoi żaden, nawet Maluch. Za to stoi meblościanka i stary tapczan. A na tapczanie pali papierosa pani w wieku mojej matki. Chociaż na pierwszy rzut oka – sporo starsza. Uśmiecha się, kiedy mówimy dzień dobry. Bo dzisiaj jest dobry dzień. Niedziela, słońce, koniec lata. Można obejrzeć serial, albo pójść na tapczan zapalić. Można też wypić – Kamionek jest śliczny – Mówię. Kobieta rozgląda się dookoła, jakbym ja zobaczyła coś, czego jej się nie udało dostrzec przez te wszystkie lata. Spogląda na mnie, delikatnie przytakuje. Widać, że nie wie o co mi chodzi.

 

Na Rybnej dochodzimy przez bramy i furtki. W bramie niesie się kłótnia małżonków z parteru. Drą się na siebie, nie przebierają w słowach. Na dole dzieci. Niewzruszone. Nie słuchają. Przy butelce oranżady rozmawiają o oponach w Żuku. Bo na Rybnej stoi Żuk. Atrakcja. Staruszek znika w klatce schodowej dwupiętrowej kamieniczki. Z klatki schodowej czuć miły chłód i ten stary piwniczny zapach. Mówię, że ja też jestem dzieckiem kamienicy. Na starej Woli było ich tam sporo. Każda tak pachniała. Staruszek mówi, że już nie czuje nosem, ale czuje w kościach, jak go łamie na zimę. Jesień w kamienicach na Kamionku jest mokra i szara. Grzyb i wilgoć atakują płuca. Papierosy pomagają przetrwać.
– A oni planują te domy odnowić?
– Te domy? – Akcentuje „te” – Nikt nawet nie obiecywał. To nie Brzeska, nie Targowa. Tam można się kłócić z Żydami, czy oddadzą. Tam można ich nawet zacząć spłacać. Ale tu?
– Za żadnego rządu nie planowali?
– Za żadnego nie odnowili. Ale teraz wyrzucają wszystkich za niepłacenie czynszu. Wszystkich. Tych starych, co nie mają za co i tych młodych, co wolą przepić. I jednym i drugim dają noclegownie.
– Z dwojga złego lepiej przezimować w tej wilgoci – Śmieję się.
– Lepiej umrzeć u siebie.

Bohaterowie drugiego sierpnia

Jeszcze wczoraj wszyscy ogarnięci byli gorączką Godziny W. Rano zmieniliśmy sobie zdjęcia profilowe na portalach społecznościowych na powstańcze. Niektórzy zmienili na Polskę Walczącą z „Norwegii Walczącej”, bo przecież wcześniej Wszyscy Byliśmy Norwegami i trzeba było dać temu wyraz w awatarze. Wczoraj również planowaliśmy w którym miejscu w Warszawie będziemy czekać na siedemnastą, a potem biegusiem na koncert. A wieczorem – obligatoryjnie – Kopiec Powstańców. Do późnych godzin nocnych. A potem różnie. Dom, skwer, pub.. Wczorajszą rocznicę przeżywaliśmy prawdziwie po polsku. Znów zebraliśmy się do kupy. Tego dnia, w tej jednej minucie wszyscy stanęli. Tak jak 67 lat temu wszyscy ruszyli.

Dzisiaj w Warszawie jeszcze się świętuje. W internecie patos zelżał, ale solidarność z powstańcami trwa dalej. Kontynuowana w formie „wezmę udział” w wydarzeniach przeróżnych. Na samo Powstanie zapisało się kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Jakie to dzisiaj łatwe kliknać „wezmę udział” w Powstaniu. A wtedy.. 67 lat temu? Wtedy w kontynuacji akcji Burza świadomie lub nieświadomie wzięło udział wielu Warszawiaków. Ginęli szybko. Bez grobów, nabożeństw i żałoby.

Drugi sierpnia miał wielu świadków. Tych z Archiwum Historii Mówionej, tych, którzy napisali o tym książki, którzy krzyczą o tym w telewizji i tych, którzy szepczą o tym swoim wnukom. Byle ciszej, byle samemu nie usłyszeć, że był kiedyś drugi sierpnia 1944, a później kolejne 62 dni piekła. A po nich 67 lat ciężaru. By dotrwać do dzisiaj i powiedzieć. A są też tacy, którzy nie dożyli trzeciego sierpnia. Albo dożyli z dala od Powstania, lub.. przeżywali każdy następny dzień jakby we śnie. Bohaterowie drugiego dnia mieli różny wiek, zawód, rangę, stopień i status.

 
Edward                                                              Staś

 
Krysia                                                                   Gerda
Edward zginął 2 sierpnia w Warszawie, w czasie walk na Wilanowskiej 6. Zostawił młodą żonę i dwumiesięczną córeczkę. Staś o Powstaniu dowiedział się już w transporcie do Dachau, skąd 9 miesięcy później oswobodzili go Amerykanie. Aresztowali go Niemcy w kwietniu 44 w kawiarni na Górczewskiej. Ktoś z jego oddziału wydał. Staś do kraju wrócił dopiero w 1989 roku. Do końca lat 50tych pytały o niego służby bezpieczeństwa. Zmarł 63 dni po powrocie do Polski.
Krysia 2 sierpnia 1944 roku miała 21 lat. 2 sierpnia wraz z matką i siostrą przyjmowała klucze uciekających sąsiadów z kamienicy przy Bema 91 na Woli. Wiedzieli, że matka Krysi nie opuści mieszkania. Nie mieli dokąd uciekać. Krysia dołączyła do Powstania później. Zmarła w 1991 roku na Woli. Gerda 2 sierpnia w transporcie poznała Stasia. Przeżyli razem obóz. Pobrali się w 1945 roku w Monachium. Gerda żyje do dziś.

Koncerty kiedyś ucichną, a ognie na kopcu zgasną. I co wtedy? Nam nie wolno dbać bardziej o symbole i miejsca, gdy nadal żyją ludzie. To państwo ma moralny obowiązek chronić bohaterów pierwszego, drugiego i dziesiątego sierpnia. Każdego sierpnia i każdego miesiąca walk za ten kraj. I chociaż zapewnienie tym ludziom godnych rent i emerytur jest mniej medialne i trwa cały rok przez lata, to.. No właśnie. Dla wielu populistów wymieniłam właśnie same wady tego systemu. Lepiej zrobić koncert.

Cmentarze, których nie widać

Warszawa. Miasto, którego nie powinno się oglądać po Krakowie, Gdańsku i Wrocławiu. Turysta nie zawsze zrozumie dlaczego nie jest tak piękne i tak reprezentacyjne jak inne miasta, bo kiedy trafi do stolicy po obejrzeniu pięknej Polski zobaczy betonową metropolię bez ducha. Stare kamieniczki, blokowiska i domy handlowe . Rozpadające się, pożydowskie kamienice po prawej stronie Wisły i upośledzony karły architektoniczne po lewej. Domy przyjaźni, domy kultury, obrzydliwe dworce i stare bazary na których jeszcze można usłyszeć gwarę, przyśpiewki i właściwą Warszawie relację. Jesteś młoda – jesteś panienką, córeczką, kochaniem albo niunią. Jesteś starsza – jesteś panią kochaną albo dobrodziejką. Omijam Azjatów, ludność napływową w dresach i Ruskich, by trafić do staruszki, która powie mi, że przed wojną kalafiory były bielsze, a buraki bardziej czerwone. Dzisiaj wszystko traci barwy. Wszystko staje się zamazane.

Moja Warszawa jest piękna. W całym swoim cierpieniu i okaleczeniu. Moja ukochana Warszawa była nazywana Paryżem północy kiedy spotkała okupanta. Wystarczyło pięć lat, by zabrał jej godność i urodę. Okaleczył strasznie i zabił jej dzieci.
Tak leżącą i krwawiącą Warszawę znaleźli Rosjanie. Nie zrobili nic, by przywrócić jej piękno. Pozszywali jej rany grubymi, socrealistycznymi nićmi po których zostały wielkie blizny. I nie dali jej spokoju..
Może dość metafor. Warszawa jest wielką nekropolią. Nikt nie wie ile ciał pomordowanych w czasie wojny i po wojnie ludzi leży na terenie Warszawy bez grobów. Setki tysięcy. Cmentarze mają swoje granice. Obecnie wiemy, że ilość zakopanych zwłok w okolicach cmentarzy daleko wykracza poza mury. Wokół cmentarza Służewieckiego bezimienne groby ofiar stalinizmu sięgają pasów lotniska.. Tysiące trupów.

Osiedle Duchów

Muranów. Zdawałoby się – nowa dzielnica. Setki domów zbudowanych pod koniec lat czterdziestych na górkach. Same – jakkolwiek to brzmi w dzisiejszych czasach – nowe domy. Prawie żadnego przedwojennego. Sam socrealizm i późny Bierunt. I te górki, po których trzeba wejść, by dostać się do kamieniczki na poziom zero.

Czyni to Muranów wielopoziomowym osiedlem. Z łukami między domami i topornymi balkonami rodem ze związku radzieckiego – nawet dość monumentalnym i na swój sposób efektownym. Czym są owe górki ziemi, na których zbudowane są kamieniczki na Muranowie Południowym? Te górki stwarzające wrażenie wysokich parterów, sięgające nawet pierwszego piętra w okolicy Arsenału, a najcześciej półtora-dwumetrowe w okolicy Karmelickiej to gruzy warszawskiego getta.
Na Muranowie domy mieszkalne powstały na fundamentach zbombardowanych kamienic.
W 1948 roku Bohdan Lachert, polski architekt zaprojektował nowe osiedle, jako „żywy pomnik warszawskiego getta”. Zrobił coś nieprawdopodobnego. Użył tych samych cegieł, a resztki gruzów usypał w charakterystyczne wzgórza.

Na nich wybudowano domy. Pozostawionych w zgliszczach, piwnicach i muranowskich kanałach ciał nigdy nie ekshumowano. Muranów leży na szczątkach ludzi.

Wolska Niobe

Gdyby się przyjrzeć, to podobnych zabiegów architektonicznych w powojennej Warszawie było więcej. Ulica Wolska pomiędzy Staszica a Działdowską na vis a vis starej zajezdni. Ta część głównej arterii Woli nie przetrwała Powstania. Domy padły. Masakra na Woli czyli 72 godziny między 5 a 7 sierpnia 1944 roku zabrały życie prawie 60 tysięcy ludzi. Padła tam również fabryka Ursus u zbiegu Płockiej i Wolskiej sięgająca Skierniewickiej, aż do Kasprzaka. Tam też trzeba podejść nieco wyżej, by trafić na osiedle. A osiedle typowo blokowe. Za mojej młodości mówiono o tym „nowe bloki. I fakt. Były windy, murowane piwnice, 10 pięter. Stara Wola takich cudów nie widziała. Za starej Woli, w 1944 roku z kamienic przy Wawelberga, Działdowskiej, Staszica, Młynarskiej i Wolskiej Niemcy wespół z batalionem Ukraińców zebrali tych, których nie dobiły granaty. Zastrzelono w „Ursusie” blisko 7 tysięcy ludzi. Między innymi troje dzieci Wandy Lurie, której skwer znajduje się nieopodal. Wanda Lurie była wówczas w 8 miesiącu ciąży. Strzelono jej w głowę. Kobieta przeżyła, chociaż trójka jej starszych dzieci takiego szczęścia nie miała. Leżała wśród ciał przez niemal dwie doby, kiedy poczuła, że dziecko się rusza. Nadludzkim wysiłkiem uratowała się ze stosu zwłok. Syna urodziła kilka tygodni później w obozie przejściowym, w którym leczyła ranę postrzałową głowy i złamaną szczękę. Dała mu na imię Mścisław. Lurie – nazwana polską Niobe – zmarła w 1989 roku. Mścisław żyje do dziś. Jego brata i dwóch sióstr nigdzie nie pochowano. Podobnie jak tysięcy mieszkańców Woli tam zastrzelonych.

Rakowiecka i Toledo

Wola była przykładem gniewu Niemców za Powstanie. Krew wolskiej ludności miała spłynąć ku innym dzielnicom i pokazać, że za podobne zrywy płaci się życiem wszystkich. I powstanie 58 dni później ucichło. A wraz z nim ucichła Warszawa.
Pomoc nadeszła i pomogła stolicy przeżyć jej własną śmierć. Jednak po krótce zrozumiano, że ręka, którą wyciągnął wobec tego miasta Związek Radziecki jest ręką, która pali. Ale odwrotu nie było. Trup ścielił się dalej. W najgorszej moralnej formie, bowiem to Polacy zabijali Polaków. Polacy wydostani z getta warszawskiego mordowali wyzwolicieli. AKowców, członków Żegoty, cichociemnych i Polski Podziemnej.

Więzienie mokotowskie.

Dzisiaj niemal każdy przechodzi wokół aresztu śledczego na Rakowieckiej 37 beznamiętnie, kierując się najczęściej tą trasną na SGH i metro. Ileż osób dziennie mija tablicę upamiętniającą zabitych tam w mordach sądowych, wcześniej torturowanych i męczonych Polaków – bohaterów. Polaków nie raz siedzących w jednej celi z hitlerowskimi zbrodniarzami. Odpowiadającymi z tego samego artykułu, identycznego paragrafu. Za zbrodnie faszystowskie, za zdradę ojczyzny.. Zamordowani strzałem w tył głowy albo upokarzająco dla oficerów Wojska Polskiego – powieszonych. Część ciał składano na terenie więzienia. Nigdy nie prowadzono kartoteki w tej sprawie. Zwłoki obsypywano wapnem. Dzisiaj szczątki – 0 ile jakiekolwiek zostały – są znikome. Reszta wyrzucona została do dołów. Zbiorowo, bez żadnej ewidencji. Gdzie? Nigdy nie zdradzono. Kwatera „na Łączce” to jedyne miejsce do którego dotarto. Reszta porozrzucana jest na paśmie wielu kilometrów ówczesnych żyznych, niezabudowanych terenów Służewia. Gdzie niegdzie widać krzyże i tablice. Ale nazwisk nie ma.

W 2001 roku u zbiegu ulic Namysłowskiej i Szymanowskiego postawiono pomnik upamiętniający „Pomordowanych na 11 Listopada”.
Jakże słynne wydaje się w tym zestawieniu więzienie na  Mokotowie. Mało kto pamięta „Toledo”, najbardziej przerażającą stalinowską katownię w Warszawie. Na dawnej Ratuszowej róg 11 Listopada działało Więzienie Karno-Śledcze NKWD UB nr III w Warszawie.

Ponad trzymetrowy mur otaczał drut kolczasty i kawałki szkła wbite w wieszchołki. To, co działo się za murami Toledo jest trudne do opisania. Historie więźniów, którzy przeżyli tę katownię są dostępne w internecie. Niemal wszystkie kończą się podobnym podsumowaniem. Polacy Polakom. Ludzie, którzy za okupacji bali się o własne życie, po wojnie niszczą życie. Depczą życie czyniąc je trudnym do zniesienia już nawet po wyzwoleniu.
Po latach więźniowie praskiego aresztu zlecili badania terenu, by znaleźć rów, w do którego – wespół ze śmieciami – składane były ciała zabitych. Mało co przetrwało dziesiątki lat w ziemi wymieszanej z wapnem. Znaleziono natomiast nienaruszone elementy fasady więzienia. Z fragmentów murów i krat trzydzieści lat wcześniej rozebranego budynku katowni, wykonano sam pomnik.
Tereny więzienia za tablicą pamięci, przez 10 następnych lat pozostawały puste, dziko zarośnięte i przez nikogo nie pielęgnowane. Z początkiem roku 2011 na teren byłego więzienia wpuszczono żurawie. Powstaje tam nowe osiedle. Na tym właśnie miejscu. Na tym rowie i tych ludziach.

Jak wielu cmentarzy umęczonej i bitej Warszawy nie widzimy gołym okiem? Jest ich tam więcej.
Getto, rozstrzeliwana ludność cywilna, nieczynne kanały, korytarze piwnic i podwórza kamienic. Warszawa jest cmentarzem ofiar ideologii i ustrojów. Ofiar Niemców, Sowietów i Polaków. I za tych ostatnich to boli najbardziej.

WF w ławkach

– Dzisiaj drogie dzieci porozmawiamy o bieganiu. Pojutrze również mamy na ostatniej lekcji WF, więc zrobimy kartkówkę ze skoku w dal.
Od nowego roku MEN wprowadza WF do klas. Nie do klas 1-3 , nie do klas specjalnych. Do sal klasowych. Do ławek. Powód? Dokładnie nie jest znany, bowiem dlaczego Ministerstwo miałoby się z jakiejkolwiek decyzji obywatelom tłumaczyć. Jednakże NIK może mieć w tej sprawie więcej do powiedzenia, a NIK rekon zrobił, na własne oczy szkoły widział i życie zna. A codzienność w polskich szkołach nie wygląda najlepiej. Jakkolwiek w klasach jest nie najgorzej, i jest na czym temat napisać i gdzie portret patrona przyczepić, tak na niektórych salach gimnastycznych wieje wiatr i błąkają się snopki suchej trawy. Nie ma sprzętów do ćwiczeń, nie ma sprzętu do udzielenia pierwszej pomocy. Niekiedy nie ma nawet samych sal gimnastycznych.

MEN raport dostał i po staropolsku zarządził, co następuje. Jeśli szkoły mają problem z salami gimnastycznymi, to zamknijmy sale gimnastyczne! Nie ma obiektu dotkniętego problemem, nie ma problemu. Po co wydawać pieniądze na coś, co później NIK znów może skrytykować? Przenieśmy WF do sal, uczmy dzieci grać w koszykówkę z ławki. Pieniążki może przecież wydać na promowanie polskiej prezydencji.

Amerykańskie takie..

Zrobiłam sobie mały przegląd starych (choć to za duże słowo, a omen nomen, o słowach tu zaraz będzie) felietonów. Znalazłam jeden, z którego się troszkę pośmiałam. Pamiętacie Golden Line? Kolejny społecznościowy portal, powstały chyba na początku 2008 roku. Portal dla młodych dynamicznych w celu nawiązania znajomości, rozwinięcia skrzydeł, zaprezentowania siebie, dostania propozycji zawodowych. Legendy głoszą, że ktoś kiedyś poprzez Golden Line  jakąś propozycję zawodową dostał. Ale dziś nie o tym.

Pierwszy raz weszłam na tę goldenlajnową stronę w 2009 roku. Dzisiaj dostałam wiadomość, że moje konto nie było odwiedzane od wolnej elekcji AD 2010, więc weszłam. NIC się nie zmieniło. Dalej rzuca się w oczy wyraźne nagromadzenie anglistów wśród młodych wykształconych z wielkich ośrodków. Zawody wykonywane zapisane w języku ojczystym? Dobre sobie.. Czas się otrzepać z tego polskiego błota. No to lecimy.. Assistant, Kancelaria Sales, a nie jakiś tam.. bo nie jestem pewna – asystent sprzedaży?  Jest po angielsku,  jest prestiż. Managerowie, sales managerowie, executive managerowie, inter managerowie, brand managerowie.. Ale to ma jakiś sens. Pamiętacie Ogniem i Mieczem? Te anielskie skrzydła na plecach, które miały potęgować wrażenie liczebności i siły? Taki zwykły Arkadiusz O. Recruitment Researcher, Central and Eastern Europe bez tych anielskich skrzydeł pracuje po prostu w Rekrutacji i Selekcji Kadr w Warszawie Śródmieściu.
Bo nie każdy zna angielski. Nazwy obce nas onieśmielają, potęgują wrażenie prestiżu i profesjonalizmu. Oczywiście ładniej brzmią nietłumaczone, takie jak Customer Service Agent określający osobę, która w sklepie Saturn stoi pod szyldem „Informacja”, czy Event Manager, kórym jest muzyk weselny.
Jest to jak najbardziej zgodne ze stanem faktycznym, niemniej jednak dla kogoś kto bardziej o angielskim słyszał, niż angielskiego słuchał, zetknięcie się z Agentem Servicu Customerowego jest jak wejście do gotyckiego kościoła z pięknym witrażem. Respekt ogarnia nawet niewierzących.

Następną gwiazdką Golden Line jest nazywanie zawodów wykonywanych w stylu radzieckiego gwałtu na języku polskim. Często ze szczególnym okrucieństwem.
Przykłady są piękne. Specjalistka d/s Kreacji Wizualnej to kosmetyczka w salonie Denique w Warszawie. Managerem Nieruchomości Warsaw Targowek jest pracownik wspólnoty mieszkaniowej Warszawa – Targówek. Swoją drogą delikwent mógł iść na całość i napisać o sobie – Admin Nieruchomości. Też by pasowało.
A profil zawodowy zatytułowany (pisownia oryginalna) Żona executive menagera ma sugerować co? Kobietę, przy której mężczyzna jest w stanie awansować? A – jest jeszcze pisanie własnych imion (a zdarza się, że i nazwisk, ale przykładu nie przytoczę) po angielsku. Margaret Kaczmarek, Martha Sobczyk, Camill Polański. Jakaś masakra panowie..

Podsumowując. Od kiedy na polski rynek wylęgli młodzi dynamiczni, chcący się odciąć od polskiego zaścianku i ciemnogrodu językowego – jest się z czego pośmiać. Natmiast co mi się wydaje całkiem pożyteczne, to dopasowanie klienta do usługodawcy. Sroki polecą do świecącego. Zawsze.

Wszystko miałam

Urodziłam się w 1986 roku, czyli w czasach, w których o pewne rzeczy trzeba się było postarać. Nie tak bardzo jak w minionych dekadach, ale jeszcze daleko było nam do stwierdzenia, że nam się coś po prostu należy.
Ja jeszcze zdawkowo pamiętam komunizm, ale tylko jako pewne niedogodności, których nawet nie byłam za bardzo świadoma. Pamiętam jednak dobrze etap przechodzenia i eksperymentowania z wolnością. Na wielu płaszczyznach doznawaliśmy rozpieszczania. I moje najwcześniejsze lata były tymi najsłodszymi.
Na początku lat 90tych do sklepów zaczęły wchodzić towary różne różniste, a do telewizji nowe propozycje dla starych i młodych widzów.
I tak pamiętam moje dzieciństwo. Telewizję, słodycze, zabawki, gry i przyjaciół. Bajeczki z Polonii 1, Domowe Przedszkole, Ulicę Sezamkową, Ciuchcię i Tik Taka. Bajkę o Gigim, który zaglądał Annie pod spódniczkę, strzelaniny robotów, autentyczną krew i łzy. I zawody miłosne Generała Daimosa i śmierć głównych bohaterów. Bez happy endu, bez morału. Pamiętam nagą Miss Dronio i Świnkę, która lubiła być chwalona. Na Ulicy Sezamkowej pamiętam dzieci, które mówiły, że mają kolor skóry inny niż inne dzieci.

Dzisiaj programów dla najmłodszych jest dużo więcej i są coraz bardziej poprawne, zgodne z zaleceniami psychologów, unii europejskiej i agencji reklamowych. Seriale, w których trzynastolatka ubiera się jak młoda prostytutka, inna ma depresję, jeszcze inna ma problemy natury kolorystycznej samochodowej. Seriale uczące dziewczynki, że w życiu są problemy, o których nigdzie indziej nie słyszano.
Są też bajki dla dzieci z bohaterami o nieokreślonej płci!  Z imionami, które może nosić dziewczynka, chłopiec, pies, krab albo ulubiony kaktus babci. Dzieci nie powinny się przecież poddawać z góry narzuconym wzorcom płciowym. Tak więc Cartoon Network serwuje nam bajki bez tej nazistowskiej propagandy płci.

Pamiętam słodycze. Kiedy byłam mała, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych jesliśmy.. cukier! Oranżadę z cukrem ze zwrotnych butelek za 3 tysiące, a po 1994 – 30 groszy. Wafelki Kuku Ruku, nugat z tubki z lalką Barbie, gumy do żucia Turbo i Kaczor Donald, jogurty i serki o smaku waniliowym i z czekoladą. Lody! Eskimos, Bambino, a dla podwórkowych prominentów – Calippo. Wyciskane prosto z opakowania lody, którymi można się było od góry do dołu zalać i upieprzyć. Magnumy były ABSOLUTNIE poza zasięgiem finansowym każdego z nas. Do dzisiaj pochylając się nad lodziarką w sklepie, omijam Magnumy, bo chociaż czasy się zmieniły i kosztują tyle, co butelka piwa – są za drogie..

Dzisiaj mamy produkty ekologiczne, organiczne, dietetyczne, bezcukrowe, dla dzieci, dla młodzieży, dla osób starszych, niemodyfikowane genetycznie, modyfikowane genetycznie, light, zero procent, pół procent, sto procent. Z koncentratu, pasteryzowane, homogenizowane, UHT i wiele innych. Żelki bez sztucznych barwników, czekolada bez cukru, jogurty bez tłuszczu, mleko bez laktozy. Słoiczki dla dzieci złożone głównie z warzyw i ziemniaków, ze śladową ilością mięsa lub ryby kosztują 50 zł za kilogram. Żarcie dla dorosłych ma inne właściwości. Mężczyznom ma smakować, kobiety ma odchudzić. Nawet chipsy i piwo. Czekolada, żelki, salami i śmietana. Wszystko odchudzające.

Czym się bawiłam w latach dziewięćdziesiątych? Wszystkim! Potrzebowaliśmy kredy i butelek, by w enklawie kilkunastu przedwojennych kamienic na Woli, pobawić się w podchody. Potrzebowaliśmy nas samych, by się pobawić w chowanego, berka, dom, Zorro, Supermana, Yattamana. Mieliśmy gumę, skakanki, place zabaw, tajne bazy, jojo, Riki Tiki, o które każdy rozbijał sobie kostki. Z biegiem lat i technika wchodziła na nasze podwórka i do naszych brudnych od ziemi i żywicy dłoni. Zaczęło się od radzieckiej gry komputerowej, w której wilk zabierał kurkom jajka. Potem było Tamagochi i miliony zwierzątek, które wymagały opieki całą dobę. Mieliśmy wideo. Wypożyczalnie przeżywały złoty okres. Mieliśmy aparaty fotograficzne, a każdy miał styczność z Kodakiem albo Agfą. Potrafiliśmy założyć film, oddać kliszę i czekać tydzień. Mieliśmy wszystko. Starte kolana, brudne ręce, rozbite wargi, piach we włosach, ślady lodów na nosie, plamy z oranżady na koszulce. Byliśmy brudni, obżarci cukrem, ale chudzi jak patyki, bo cały dzień na dworze. Żadne z nas nie miało komórki, ale każdy wiedział gdzie kto jest. Jak myśmy żyli bez komórek? Nie wiem, ale to było piękne. Byliśmy tak szczęśliwi, jak chyba już nigdy.

Dzisiejsze zabawki, które otaczają dzieciaki są reklamowane w emisjach przed Dobranockami. Tak, by dzieciak wiedział o co ma drzeć japę w galerii handlowej. Ale to już nie są tylko gadające Furby czy Barbie z kamerą. Laptop, cyfrówka, konsola, smartfon, kład. Taką listę prezentów komunijnych znalazłam rok temu w sieci. Kaset już się nie wypożycza, filmy ściąga się z sieci. Nie gra się już w Mario, Kapitana Pazura albo wilka kradnącego kurkom jajka. Gra się on-line z innymi dzieciakami. Kupuje się on-line dodaki, sprzęty, przedmioty i punkty życia. Wszystko jest interaktywne, inteligentne, przyjazne użytkownikowi. Wszystko myśli za ciebie. Nie ma miejsca na wyobraźnię. Nawet książki są już w formie multimedialnej, albo audiobooka. Nie czujesz zapachu książki, nie sklejają ci się strony, nie wyrywasz kartki z zeszytu, by zrobić zakładkę. Nie ma tej magii. Dzieciak od pierwszych lat swojego życia widzi internet, ojca na laptopie. Wchodzi w ten świat od samego początku i nie zna innego. My dostaliśmy komputery w wieku nastoletnim, albo całkiem późno-nastoletnim. Wiedzieliśmy już, że istnieje życie poza domem, biurkiem, kompem. Dzieciaki wsiąknięte w komputer od najłodszych lat – mogą nigdy nie poznać alternatywnego świata żywych.

Ja naprawdę wszystko miałam.